Jedziemy z tym koksem.

Zdecydowanie jestem mniej kompetentną osobą z naszej dwójki do wypowiadania się na temat tego filmu, bo filmy wojenne są działką Henryka. Poza tym – to Henryk miał większą styczność z MASHem jako serialem. Ja pamiętam go tylko ze wspomnień z wczesnego dzieciństwa. Właściwie, gdyby się nd tym głębiej zastanowić, to MASH byłby najwcześniejszą rzeczą, jaką jestem w stanie sobie przypomnieć bez zastosowania hipnozy i alkoholu. I to nie tyle sam serial, co rodzice i wujek opowiadający o nim.
Dlaczego więc mimo tego ja piszę o pierwszym z filmów na drodze do osiągnięcia celu? Z prozaicznej przyczyny – Henryk jest w trakcie zakładania konta i dołączy do nas lada moment, ale jeszcze nie teraz.
Ale do rzeczy. Na pierwszy rzut oka aż chce się krzyczeć: “bracia Marx i Monty Python zwerbowani do wojska”. Zwłaszcza początek filmu prezentuje się tak absurdalnie, że aż miejscami niezdarnie. A mówiąc o początku, odnoszę nieodparte wrażenie, że film zaczynający się od utworu, który współczesna młodzież (ach, ta młodzież…!) kojarzy najwyżej z panem Mansonem, niekoniecznie będzie odbierany całkowicie obiektywnie. Ciekawe zjawisko pop-kulturowe z tego “Suicide is painless”, przyznać się, z ręką na sercu – ile osób faktycznie kojarzy ten utwór z MASHem, a nie z emo-goth-freak ponurymi, smutnymi, mrocznymi popaprańcami?
Właśnie ta rozbieżność skojarzeń widzów i fanów serialu z tym, co widzimy w długometrażowym pierwowzorze, uderza szczególnie podczas oglądania obrazu Roberta Altmana. Jak to określił Henryk, “nie do tych twarzy człowiek przywykł”. I faktycznie, patrząc na późniejszy serial, dochodzi się do wniosku, że im dalej, tym lepiej – film miejscami po prostu zdaje się nie zapowiadać poziomu serialu.
Jednego natomiast zarzucić obsadzie filmu nie można – aktorzy odegrali kawał dobrych ról. Na tyle wyrazistych, że aż miejscami chce się szukać porównań do “Paragrafu 22″. Bo i tematyka wcale nie taka odległa. Nie mówiąc o tym, że za kilka początkowych scen, jak i każde kolejne ujęcie z sali operacyjnej, obsadzie należy się zbiorowy Oscar w kategorii Najpłynniejsze Symultanicze Dialogi.
Ciężko jest natomiast uciec od porównywania MASHa z 1970 roku do serialu, emitowanego w latach 1972-79. Problemem przy takim porównywaniu jest zdecydowanie fakt, że częściej spotyka się filmy na podstawie seriali niż odwrotnie – filmy będące pierwowzorami dla serii telewizyjnych. A i wśród tych pierwszych na palcach jednej ręki policzyć można naprawdę udane przedsięwzięcia. Jedno jest pewne – gdyby serial bazujący na tym filmie nigdy nie powstał – nie mielibyśmy w tym momencie o czym pisać, bo i MASH nie zyskałby takiego rozgłosu na całym Świecie.
Należy jednak przyznać, że w jednym aspekcie Robertowi Altmanowi udało się przeciętnego oglądacza (w postaci mnie) przekonać do filmu. MASH nie pokazuje wojny. Szpital polowy jest szpitalem polowym, ale z głośników wcale nie płyną słowa alarmów bojowych, mobilizacji czy musztry. Jedyne krople krwi, jakie są widoczne na ekranie, pochodzą od bezimiennych pacjentów, którzy nie grają absolutnie żadnej roli – nie liczą się w tym wszystkim. A mimo to, oglądając ten film, wojnę po prostu się czuje. Dlaczego? Bo cały ten absurd zanurzony jest w bezgranicznym szaleństwie, wręcz chorobie psychicznej, która w warunkach określanych jako “normalne”, nie mogłaby mieć miejsca.
Film o wojnie w Korei, powstały w kulminacyjnym momencie konfliktu w Wietnamie – MASH nie opowiada o konkretnej wojnie, analogiczny obraz można by nakręcić nawet o działaniach wojsk w Kosowie, Afganistanie czy Iraku. Wojna jest tu stanem umysłów bohaterów, pełnych sprzeczności i nielogiczności. Bo jak inaczej nazwać ludzi, którzy jednocześnie tak desperacko starają się trzymać starego, dobrego, wygodnego amerykańskiego stylu życia, jak i kompletnie zapominają o zasadach moralnych i etycznych, zatracając się we własnej nietykalności w czasie wojny. A widzimy tu zarówno młodych ludzi z ideałami, które rozbijają się o realia Korei, jak i pospolitych cwaniaczków i krętaczy, którzy postanawiają zaadaptować się do nowego środowiska. I każdą z tych osób wojenny kompletny brak zahamowań prędzej czy później wciąga, dopóki nie napotkają bariery, granicy – dopóki stary porządek Świata nie upomni się o swoje i nie przypomni im, gdzie jest ich miejsce. Często w niezbyt przyjemny dla nich sposób. A gorzki humor – mimo, że czasami naprawdę udany – jest tylko przykrywką dla ponurego posmaku, jaki pozostawia MASH.
Ileby nie pisać – źle czy dobrze – o MASHu, zawsze będzie on ledwie pierwszym krokiem wśród najlepszych filmów. Na weekend cicho planujemy towarzystwo Olivera Stone’a, w dwóch jego filmach – i to wcale nie tych najgłośniejszych. A zdecydowanie nie wojennych.