Przestój

Nie, nie. Nie tam, żebyśmy się obijali. Wręcz przeciwnie, następne filmy za nami, ale jakoś nie ma ani czasu, ani ochoty, żeby tu coś pisać. Pewnie tylko tymczasowo.

#277: MASH (1970)

Jedziemy z tym koksem.
Logo z plakatu filmu
Zdecydowanie jestem mniej kompetentną osobą z naszej dwójki do wypowiadania się na temat tego filmu, bo filmy wojenne są działką Henryka. Poza tym – to Henryk miał większą styczność z MASHem jako serialem. Ja pamiętam go tylko ze wspomnień z wczesnego dzieciństwa. Właściwie, gdyby się nd tym głębiej zastanowić, to MASH byłby najwcześniejszą rzeczą, jaką jestem w stanie sobie przypomnieć bez zastosowania hipnozy i alkoholu. I to nie tyle sam serial, co rodzice i wujek opowiadający o nim.

Dlaczego więc mimo tego ja piszę o pierwszym z filmów na drodze do osiągnięcia celu? Z prozaicznej przyczyny – Henryk jest w trakcie zakładania konta i dołączy do nas lada moment, ale jeszcze nie teraz.

Ale do rzeczy. Na pierwszy rzut oka aż chce się krzyczeć: „bracia Marx i Monty Python zwerbowani do wojska”. Zwłaszcza początek filmu prezentuje się tak absurdalnie, że aż miejscami niezdarnie. A mówiąc o początku, odnoszę nieodparte wrażenie, że film zaczynający się od utworu, który współczesna młodzież (ach, ta młodzież…!) kojarzy najwyżej z panem Mansonem, niekoniecznie będzie odbierany całkowicie obiektywnie. Ciekawe zjawisko pop-kulturowe z tego „Suicide is painless”, przyznać się, z ręką na sercu – ile osób faktycznie kojarzy ten utwór z MASHem, a nie z emo-goth-freak ponurymi, smutnymi, mrocznymi popaprańcami?

Właśnie ta rozbieżność skojarzeń widzów i fanów serialu z tym, co widzimy w długometrażowym pierwowzorze, uderza szczególnie podczas oglądania obrazu Roberta Altmana. Jak to określił Henryk, „nie do tych twarzy człowiek przywykł”. I faktycznie, patrząc na późniejszy serial, dochodzi się do wniosku, że im dalej, tym lepiej – film miejscami po prostu zdaje się nie zapowiadać poziomu serialu.

Jednego natomiast zarzucić obsadzie filmu nie można – aktorzy odegrali kawał dobrych ról. Na tyle wyrazistych, że aż miejscami chce się szukać porównań do „Paragrafu 22″. Bo i tematyka wcale nie taka odległa. Nie mówiąc o tym, że za kilka początkowych scen, jak i każde kolejne ujęcie z sali operacyjnej, obsadzie należy się zbiorowy Oscar w kategorii Najpłynniejsze Symultanicze Dialogi.

Ciężko jest natomiast uciec od porównywania MASHa z 1970 roku do serialu, emitowanego w latach 1972-79. Problemem przy takim porównywaniu jest zdecydowanie fakt, że częściej spotyka się filmy na podstawie seriali niż odwrotnie – filmy będące pierwowzorami dla serii telewizyjnych. A i wśród tych pierwszych na palcach jednej ręki policzyć można naprawdę udane przedsięwzięcia. Jedno jest pewne – gdyby serial bazujący na tym filmie nigdy nie powstał – nie mielibyśmy w tym momencie o czym pisać, bo i MASH nie zyskałby takiego rozgłosu na całym Świecie.

Należy jednak przyznać, że w jednym aspekcie Robertowi Altmanowi udało się przeciętnego oglądacza (w postaci mnie) przekonać do filmu. MASH nie pokazuje wojny. Szpital polowy jest szpitalem polowym, ale z głośników wcale nie płyną słowa alarmów bojowych, mobilizacji czy musztry. Jedyne krople krwi, jakie są widoczne na ekranie, pochodzą od bezimiennych pacjentów, którzy nie grają absolutnie żadnej roli – nie liczą się w tym wszystkim. A mimo to, oglądając ten film, wojnę po prostu się czuje. Dlaczego? Bo cały ten absurd zanurzony jest w bezgranicznym szaleństwie, wręcz chorobie psychicznej, która w warunkach określanych jako „normalne”, nie mogłaby mieć miejsca.

Film o wojnie w Korei, powstały w kulminacyjnym momencie konfliktu w Wietnamie – MASH nie opowiada o konkretnej wojnie, analogiczny obraz można by nakręcić nawet o działaniach wojsk w Kosowie, Afganistanie czy Iraku. Wojna jest tu stanem umysłów bohaterów, pełnych sprzeczności i nielogiczności. Bo jak inaczej nazwać ludzi, którzy jednocześnie tak desperacko starają się trzymać starego, dobrego, wygodnego amerykańskiego stylu życia, jak i kompletnie zapominają o zasadach moralnych i etycznych, zatracając się we własnej nietykalności w czasie wojny. A widzimy tu zarówno młodych ludzi z ideałami, które rozbijają się o realia Korei, jak i pospolitych cwaniaczków i krętaczy, którzy postanawiają zaadaptować się do nowego środowiska. I każdą z tych osób wojenny kompletny brak zahamowań prędzej czy później wciąga, dopóki nie napotkają bariery, granicy – dopóki stary porządek Świata nie upomni się o swoje i nie przypomni im, gdzie jest ich miejsce. Często w niezbyt przyjemny dla nich sposób. A gorzki humor – mimo, że czasami naprawdę udany – jest tylko przykrywką dla ponurego posmaku, jaki pozostawia MASH.

Ileby nie pisać – źle czy dobrze – o MASHu, zawsze będzie on ledwie pierwszym krokiem wśród najlepszych filmów. Na weekend cicho planujemy towarzystwo Olivera Stone’a, w dwóch jego filmach – i to wcale nie tych najgłośniejszych. A zdecydowanie nie wojennych.

Każda podróż zaczyna się od pierwszego kroku

Drodzy Czytelnicy, niezmiernie miło mi powitać Was w progach Dwustu Pięćdziesięciu Filmów Na Rok.

Na początek krótkie streszczenie, wprowadzenie do tego, co będzie Was (i nas) czekać.

Pomysł jest stary jak Świat (a przynajmniej Świat Filmu), a mimo to sama myśl o nim wywołuje dreszczyk emocji u piszącego te słowa. Za trzy dni kończę 21 lat. 21 lat to również próg wiekowy najbardziej restrykcyjnych ocen dopuszczenia filmów do odbioru przez niedorosłą publiczność. Co za tym idzie – za trzy dni mógłbym obejrzeć każdy film, jaki kiedykolwiek nakręcono (gdyby oczywiście w systemach oceniania filmów była jakakolwiek konsekwencja).

Dlaczego więc nie pokusić się o obejrzenie Tych Najlepszych? Paruset najlepszych filmów spośród wielu tysięcy, które powstały od czasów braci Lumiére? Wraz z Henrykiem postanowiliśmy podjąć wyzwanie. A oto i ono:

- 250 filmów z Top250 serwisu imdb.com, z dnia 31.01 .2009

- 27  dodatkowych filmów, prawie wszystkie mieszczące się w Top50 poszczególnych dekad na imdb.com (od nich zaczniemy)

W moje tegoroczne urodziny zaczynając, kończąc w przyszłoroczne urodziny Henryka. 277 filmów w 405 dni (04.02.2009 – 16.03.2010), czyli 0,68395 filmu na dzień. Czyli  249,8 filmu na rok przeciętny rok.

A spora część z tego – na Waszych ekranach. Cichą nadzieją jest umieszczenie pseudorecenzji wszystkich obejrzanych filmów. Będziemy się również starać informować Was na biężąco o postępie projektu i wydarzeniach dookoła niego.

Jakie na chwilę obecną widzę problemy?

- imdb.com jest serwisem zagranicznym: w zestawieniu nie ma ani jednego polskiego filmu, a najbliższy patriotycznemu sercu jest „Solyaris” Andrieja Tarkowskiego

- imdb.com jest serwisem ogólnodostępnym i ocenianym przez Gawiedź: a Gawiedź ta preferuje to, o czym aktualnie głośno – w zestawieniu jest mnóstwo filmów z ostatnich 2-3 lat, o których ledwo się słyszy (bądź są zwyczajnie popularne za granicą, nie oznacza to jeszcze ich jakości). Przynajmniej nadrobimy aktualności.

- żadni z nas spece od filmów: i często nasze opinie będą opiniami kompletnych laików. I mimo, że zdajemy sobie sprawę, że wystawimy się na pastwę Publiki, Specjalistów i Artystów, cieszymy się na kawał dobrego kina.

- w wieku 22-23 lat będziemy mogli stwierdzić, że X Muza nie jest w stanie nam zaoferować zbyt wiele lepszego od tego, co już widzieliśmy: brzmi groźnie i mam nadzieję, że to nas nie wpędzi w depresję :P

Trzymajcie kciuki.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.